Pierwszą wizytę na uczelni mam już za sobą. Wszystko odbyło się sprawnie, choć nie bez drobnych komplikacji. Ale zacznijmy od początku.
Przygotowania do podróży zaczęłam już wczoraj wizytą u notariusza. Pani notariusz (a właściwie jej assytent) wszystko ładnie mi skserował, podbił i w ogóle zrobił wszystko tak, bym mogła dzisiaj bez problemów dostarczyć dokumenty na uczelnię.
Właściwa podróż rozpoczęła się dzisiaj rano. Pobudka 7:00, szybkie śniadanie, zabranie wszystkich niezbędnych rzeczy i ok. 8:00 już znajdowałam się w samochodzie jadącym do miasta moich studiów. Początek podróży przebiegał spokojnie, aż do czasu zaczęcia przeglądania dokumentów. Chciałam sobie jeszcze ostatni raz popatrzeć na moje świadectwo, aż tu nagle zobaczyłam, że mam ze sobą tylko jeden czerwony papierek. Zaczęłam panikować - przecież bez dowodu wpłaty nikt mnie nie przyjmie. 60 kilometrów przejechanych na darmo... Przecież nikt się już teraz nie zawróci.
Ale trudno, skoro już byłam pod Lublinem to stwierdziłam, że spróbuję, może coś uda mi się załatwić. Moim pierwszym celem była przychodnia na ulicy Langiewicza, w której miałam zrobić badania. Wsiadłam więc do autobusu, by dotrzeć to tego szpitala. Po drodze zahaczyłam pocztę, by dokonać tej nieszczęsnej opłaty i ostatecznie zanieść jeden z dowodów wpłaty, mając nadzieje, że to wystarczy.
Następnie zaczęłam szukać przychodni. Długo nie musiałam szukać, gorzej było ze znalezieniem pokoju (ciemne, puste korytarze, aż dziwne, że ktoś tam pracuje :)). No, ale i on wkrótce się odnalazł. Pokój numer 101 znajdował się na drugim piętrze. Nie było tam żadnej kolejki, więc postanowiłam zapukać. Wyjaśniłam recepcjonistce cel mojej podróży, ale ona ze smutkiem w oczach (chociaż tego dokładnie nie wiem, czy było jej aż tak przykro) poinformowała mnie, że przyszłam za późno. Na nic zdałby się moje prośby i wyjaśnienia, że przyjeżdżam z daleka specjalnie do niej. Nie przyjęła mnie, bo mieli już za dużo chętnych. Podziękowałam jej i wyszłam.
Byłam zła, że kolejna sprawa nie układa się po mojej myśli. No ale cóż mówi się trudno i idzie się dalej. W Lublinie przecież były jeszcze dwie inne przychodnie. Najbliżej mojego aktualnego miejsca pobytu był Zakład na ulicy Nałęczowskiej. Próbowałam się do niego dodzwonić, ale numer podany na stronie okazał się numerem typu "nie ma takiego numeru". Pozostała mi więc kolejna podróż autobusem.
Po wejściu do przychodni, od razu zobaczyłam rejestrację. Ku mojemu zdziwieniu nie było nikogo przy okienku, więc podeszłam do niego. Pani w rejestracji zapisała mnie i wskazała drogę do pokojów 10, 11 i 12. Gdy skręciłam w lewo moim oczom ukazała się kilkunastometrowa kolejka. Miałam nadzieję, że ci wszyscy oczekujący nie są przyszłymi studentami i po chwili będę mogła wejść na wizytę. Niestety moje przeczucia okazały się prawdziwe, więc potulnie stanęłam na końcu kolejki.
Po kilku godzinach oczekiwania, w końcu przyszła moja kolej. Pani doktor przeprowadziła ze mną krótki wywiad, zapytała o wzrost, wagę i tym podobne rzeczy i kazała udać się do pokoju 101. Gdy weszłam na piętro kolejka nie była wcale mniejsza, ale tam przynajmniej mogłam sobie usiąść. Na szczęście okazało się, że nie wszyscy czekają na wizytę u okulisty i po chwili weszłam do gabinetu. Tam standardowo sprawdzono, czy potrafię przeczytać te miniaturowe literki z tablicy, a następnie to, czy prawidłowo rozpoznaję barwy, odgadując jaka liczba została zaszyfrowana w mozaice czerwono-zielonych kropek. Wszystko zrobiłam prawidłowo, więc czekała mnie ponowna podróż na parter, tym razem do pokoju nr 3. Tam na szczęście nie było nikogo przede mną, usiałam poczekać jedynie na przyjście pani doktor. Po krótkim oczekiwaniu przyszła i dokonała ostatniej części badania - zmierzyła mi ciśnienie, sprawdziła czy prawidłowo oddycham itp., a następnie powiedziała, że to już koniec wizyty. Podziękowałam jej i uradowana, że to już koniec wyszłam z przychodni.
Przede mną była już ta najbardziej oczekiwana wizyta - wizyta na uczelni. Żeby tam się dostać po raz kolejny musiałam pójść na przystanek. Tam znalazłam bezpośrednie połączenie z politechniką, na które jednak musiałam czekać ponad dwadzieścia minut. Trochę długo, no ale cóż miałam zrobić, czekałam. Po wyjściu z autobusu moim oczom ukazały się wielkie budynki - tak, to musiała być politechnika. Teraz tylko znaleźć budynek numer 36 . Niedługo musiałam się rozglądać, by go znaleźć. Gdy do niego podeszłam zobaczyłam listy kandydatów przyjętych na różne kierunki wydziału mechanicznego. Nie wyobrażacie sobie nawet jakie to uczucie zobaczyć swoje nazwisko wśród tych 90 przyjętych, a nie oczekujących, czy odrzuconych. Długo się jednak nie zatrzymywałam, bo nie chciałam tracić czasu.
Po wejściu do środka, moim oczom ukazały się wielkie korytarze. Na szczęście droga do pokoju 101 była oznaczona, więc udałam się na piętro. Podczas wchodzenia po schodach zobaczyłam informację, że przyjmowanie dokumentów odbywa się do godziny 14. Spojrzałam na zegarek i która była? 14:05... "Super..." - pomyślałam sobie, ale weszłam na górę, w końcu skoro już byłam tak blisko, nie mogłam zrezygnować. Tam ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam, że drzwi były otwarte, więc do nich podeszłam. Tam niezwykle miły pan powiedział, że tak, wprawdzie zapisy miały być do 14:00, ale jeszcze nie wychodzą. Już miałam więc wchodzić do tego pokoju, jednak ten sam mężczyzna zatrzymał mnie i powiedział, że żeby złożyć dokumenty muszę mieć białą teczkę. Skąd ja teraz mu wytrzasnę białą teczkę? Pomyślałam. No ale cóż... Szybko wybiegłam z uczelni w poszukiwaniu sklepu z białą teczką. Dookoła jednak były same restauracje typu fast-food. Szłam więc dalej, a kilka budynków dalej zobaczyłam napis "Sklep Papierniczy". Zaczęłam jeszcze szybciej biec w tamtą stronę i kupiłam upragnioną białą teczkę A4, zawiązywaną na sznureczek.
Uspokojona wracałam na politechnikę z dwiema teczkami. Przed pokojem zobaczyłam listę wymaganych dokumentów, więc zaczęłam wkładać je do białej teczki. Zdziwiłam się, gdy okazało się, że nie potrzeba ani dowodu wpłaty, ani nawet świadectwa ukończenia szkoły. Cały ranek denerwowałam się, że tego nie wzięłam, a oni nawet tego nie chcieli... Przecież, co innego było na stronie... Jednak wszystko się dobrze skończyło, bo w końcu ja tego nie miałam. :)
Gdy już wszystko sobie przygotowałam, weszłam do pokoju. Tam podałam panu teczkę, a on ją podpisał. Nawet nie chciał sprawdzać zgodności z oryginałem, ale to już nie moja sprawa. Długo tam nie siedziałam, nawet nie wiem czy byłam tam pięć minut. Podziękowałam więc panu i wyszłam. Koniec. Wszystko się udało! Pozostała mi już tylko podróż powrotna do domu, podczas której nie było już żadnych komplikacji.
To był długi dzień pełen skrajnych emocji. Ostatecznie wszystko się udało i pozostaje mi czekać na ostateczną listę przyjętych. Ale to już później. Adéu!
PS. Nie zdziwcie się określeniami wczoraj, dzisiaj. Ten tekst zaczęłam pisać już wczoraj i nie chciało mi się go zmieniać :)
PS2. Aha, no i planuję zmianę wyglądu bloga, mam nadzieję, że Wam się spodoba!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz